Triathlon w Borównie 6.09.2009 r.
Maciej Hałas

Triathlon na dystansie ironmana w Borównie to mój drugi triathlon w życiu. Wcześniej startowałem tylko raz w Wiedniu na dystansie o połowę krótszym. W zasadzie w tym roku nie byłem jeszcze całkiem gotowy na start na długim dystansie. W pierwotnych planach miałem wystartować dopiero w przyszłym roku. W tym roku trochę za mało trenowałem. No i jeszcze ta stłuczka z samochodem na treningu rowerowym... Szczęśliwie nic mi się wtedy nie stało, ale potłukłem się solidnie, co wyłączyło mnie na dwa tygodnie z treningów na rowerze, a na trzy z biegania i pływania. Niemniej kusił mnie start na tym dystansie. Wahałem się długo. Pomimo słabego przygotowania, przeprowadzony bilans moich możliwości pokazywał, że mogę spróbować. Limit czasu na pływanie: 2,5 godziny - powinienem wyrobić się w dwóch, potem siedem godzin na rowerze i zostaje mi sześć godzin na bieg. Scenariusz ukończenia jest więc realny. W końcu podjąłem decyzję: zrobię rozpoznanie bojem i wystartuję. Jeśli nie dam rady, to nic wielkiego się nie stanie, najwyżej zejdę z trasy.

Do Borówna przyjechałem w sobotę po południu w przeddzień startu. Na miejscu zobaczyłem sporo znajomych twarzy członków i sympatyków grupy IM2010. Niektórych poznałem w Wiedniu, inni - znajomi z Warszawy. Na początek sprawna rejestracja w biurze zawodów na terenie Wojskowego Ośrodka Wypoczynkowego "Żagiel". Potem zakwaterowanie w domku na terenie ośrodka. Wieczorem czekała nas jeszcze odprawa techniczna. Główny organizator Robert Stępniak omówił dokładnie co i jak: czas i miejsce startu, trasy, punkty odżywiania. Było tego trochę. Tego wieczora wprowadziłem też rower do strefy zmian, która była zorganizowana na ogrodzonym strzeżonym parkingu na terenie ośrodka. Potem jeszcze pasta party i to już koniec programu w dniu poprzedzającym zasadniczą imprezę. Poszedłem spać dość wcześnie, by następnego dnia być wypoczętym. W końcu czekał mnie cały dzień zmagań.

W niedzielę pobudka przed piątą rano. Trzeba zjeść wczesne śniadanie, bo start już o siódmej. Po śniadaniu pozwalam sobie jeszcze na pół godziny drzemki. Potem definitywnie wstaję. Ubieram kolarskie spodenki, na wierzch zakładam piankę, a resztę potrzebnych ubrań pakuję do torby i niosę do strefy zmian. Ubrania i buty mam dodatkowo zabezpieczone workami foliowymi, bo pogoda jest niepewna, a wolę zachować je suche.
O siódmej rano stoimy w piankach na brzegu jeziora. Start przeciąga się o parę minut, bo spóźniają się ratownicy. W końcu ratownicy są na swoich miejscach w łódkach, i dostajemy sygnał do startu. Wbiegamy do wody i zaczynamy płynąć. Ja znam swoje miejsce w szeregu, toteż wbiegam do wody na końcu i płynę swoim powolnym tempem. Płynie mi się znacznie lepiej niż w Wiedniu, gdzie niepotrzebnie próbowałem gonić uciekających i tylko niepotrzebnie zmęczyłem się na pierwszych metrach. Jakoś lepiej radzę sobie też z nawigacją. Trzeba przepłynąć cztery trójkątne pętle wyznaczone przez trzy boje. Przy czym za każdym razem trzeba wyjść na brzeg i obejść stojącą na brzegu beczkę, przy której stoi sędzia i odfajkowuje zawodnikom kolejne pętle. Gdy zaczynam drugą pętlę, najszybsi mnie dublują. Po jej zakończeniu, przy próbie stanięcia na nogi, łapie mnie silny skurcz w lewą łydkę. Nie jestem w stanie wstać. Próbuję na czworakach, ale też mi nie wychodzi. Ludzie na brzegu pytają, co mi jest. Poza skurczem nic, ale siedzę i nie mogę się ruszyć. Jedna pani pomaga mi w naciągnięciu przykurczonego mięśnia. Po czym udaje mi się wstać. Po wejściu do wody płynięcie nie sprawia mi trudności, choć czuję jeszcze lekki ból w łydce. Na ostatniej prostej czwartej pętli czuję, że mam już dość pływania. Szczęśliwie ten etap ma się już ku końcowi. W końcu dopływam do brzegu, gdzie informują mnie, że czekali już tylko na mnie. Minęła godzina i 50 minut i mam około 20 minut straty do przedostatniego zawodnika. Nie jest źle. Wyrobiłem się w zakładanym czasie. Na tych zawodach ścigam się przede wszystkim sam z sobą. Biegnę do strefy zmian. Po drodze zaczynam ściągać piankę. Kończę ją ściągać już w strefie zmian. Zakładam bluzę rowerową, skarpetki i buty.

Biorę rower i ruszam. Przed upływem dwóch godzin od startu zaczynam jazdę. Przede mną sześć pętli po trzydzieści kilometrów każda. W nocy trochę padało i okazało się, że licznik rowerowy, który nieopatrznie zostawiłem w rowerze, odmówił posłuszeństwa. Trudno. Jadę swoim tempem. Najszybsi zawodnicy dopadają mnie już na pierwszych kilometrach pierwszego okrążenia. Przewagę wynieśli z wody. Nie próbuję nikogo gonić, jadę swoim tempem. Trasa nieźle oznaczona. W dodatku dobrze zabezpieczona. Na każdym skręcie stoi przynajmniej jeden człowiek i pokazuje kierunek jazdy. Wyścig odbywa się po drogach lokalnych drogach, przy ograniczonym ruchu ulicznym. Polega to na tym, że po ulicach jeżdżą samochody, ale zawodnicy są uprzywilejowani. Każdorazowo, gdy istnieje sytuacja konfliktowa z innymi pojazdami na skrzyżowaniu, inni są zatrzymywani, a zawodnicy przepuszczani. Można więc jechać w ciemno. Przez pierwsze kilometry jedzie mi się całkiem dobrze, ale sielanka szybko się kończy. Wieje dość silny wiatr, który na początku nie przeszkadza, a momentami wręcz pomaga, ale jak to na pętli, przychodzi odcinek, że na otwartej przestrzeni dmucha w twarz i prawie chce zrzucić z roweru. Prawie załamuję się. Tym bardziej, że jestem sam na sam z sobą. Wszyscy inni gdzieś rozrzuceni po całej trasie. Potem trasa zaczyna biec przez las. Tu już jest lżej niż na terenie otwartym. Wprawdzie dalej pod wiatr, ale między drzewami już tak mocno nie dmucha. O ile na pierwszych kilometrach trasa mocno kręciła, to potem jest długi odcinek prawie prosty. Na końcu tego odcinka nawrót i z powrotem... z wiatrem. Jak fajnie, jak lekko. Po długim odcinku pod wiatr czuję się, jakbym dostał skrzydeł. Po niecałych siedemdziesięciu minutach kończę pierwszą pętlę. Biorę w bufecie wodę, batonik i banana i jadę dalej. O ile na pierwszej pętli nie wiedziałem, jeszcze co mnie czeka na trasie rowerowej, to na kolejnych czuję się coraz pewniej. Na czwartej pętli na trasie zaczyna robić się gęsto. Ten tłok robią zawodnicy startujący na trasie połówki, których jest prawie trzy razy tyle co nas startujących na długim. Jedni mnie wyprzedzają, inni dają się wyprzedzać. Generalnie, każdy jedzie jak umie. W pewnym momencie zaczyna padać deszcz. Niezbyt intensywny wprawdzie, ale w połączeniu z chłodnym wiatrem, zdecydowanie nieprzyjemny. Zaczynam trochę marznąć. Zastanawiam się, czy na końcu pętli nie zjechać do strefy zmian, aby założyć na siebie czegoś cieplejszego, co przezornie tam zostawiłem. Jednak gdy dojeżdżam do końca pętli, pogoda na chwilę poprawia się, więc rozmyślam się. Gdy kończę piątą pętlę, widzę pierwszych zawodników biegających. Gdy kończę szóstą, widzę, że na trasie biegowej jest całkiem spory tłok.

Zostawiam rower, zmieniam buty na biegowe i ruszam w trasę. Odrobinę zmarzłem na trasie rowerowej i z tego powodu nie decyduję się na zmianę stroju. Wiem, że w bluzie podczas biegu może mi być trochę za ciepło, ale w cienkiej koszulce mógłbym zmarznąć. Do tej pory wszystko zgodnie z założeniami. Rower z pływaniem i pobytami w strefach zmian zajęły mi w sumie mniej niż dziewięć godzin. Tak więc mam sześć godzin i dziesięć minut na bieg, aby zmieścić się w limicie piętnastu godzin. Wydaje się, że sześć godzin z hakiem na maraton, to bardzo dużo. Ale już po pierwszych metrach zaczynam zastanawiać się, co ja tutaj robię. Boli mnie jakieś ścięgno, czy też mięsień pod kolanem. Ledwo idę. O bieganiu nawet nie ma mowy. W tej sytuacji, to obawiam się, że nawet osiem godzin, mogłoby mi nie wystarczyć, a mam tylko sześć. Zastanawiam się nad zejściem z trasy. Jednak współzawodnicy dopingują: dasz radę. Trudno mi w to uwierzyć, jednak po dwustu, trzystu metrach kulawego marszu zaczynam odczuwać zdecydowaną poprawę. Kolejne dwieście metrów i zaczynam biec. Hura. Może coś jeszcze z tego będzie. Trasa biegu to osiem pętli. Z ośrodka wypoczynkowego w Borównie wąską szosą przez pola do pobliskiego Augustowa, nawrót dookoła beczki i powrót tą samą drogą. Atmosfera na trasie przypomina jakiś piknik. Sporo znajomych twarzy. Wszyscy życzliwie dopingujemy się okrzykami, uśmiechami. Pytamy się wzajemnie: ile jeszcze. Biegnę dwie pętle, zaczynam trzecią. Czuję się zmęczony. Około połowy trzeciej pętli czuję, że jednak nie dobiegnę. Muszę przejść do marszu. Od tej chwili ćwiczę marszobieg. Co kawałek podbiegnę, to muszę chwilę odpoczywać w marszu. Tymczasem na trasie rozluźnia się. To duża grupa zawodników startujących na krótszym dystansie dociera do mety. Najszybsi z długiego dystansu też zdążyli już skończyć. Przed godziną dwudziestą zaczyna się ściemniać. Wyjmuję z kieszeni bluzy latarkę czołową, którą przezornie zabrałem na trasę biegu i przyświecam sobie. Dałoby się i bez niej, bo wschodzi księżyc w pełni, ale tak jest bardziej komfortowo. Na trasie pozostali już tylko nieliczni zawodnicy. Komentatorka przy linii mety już chce mnie powitać, ja jednak zawracam wokół beczki, bo czekają mnie jeszcze dwie pętle. Tymczasem przedstawiciel organizatorów objeżdża skuterem trasę licząc pozostałych zawodników. Gdy wbiegam na ostatnią pętlę, przyłącza się do mnie na chwilę główny organizator - Robert Stępniak. Dopinguje mnie. Na ostatniej pętli mijam się jeszcze tylko z dwoma innymi zawodnikami. Oszczędzałem siły na końcówkę i wydaje mi się, że ostatnie trzy kilometry mogę jeszcze pobiec, a wręcz przyspieszyć. Biegnę jak mogę, ale okazuje się, że nie jest tak różowo. Znowu muszę przejść do marszu. Jeszcze tylko ostatnie dwa kilometry. Jeszcze półtora. Znowu biegnę. I znowu po jakimś czasie przechodzę do marszu. Ostatnie pół kilometra. Biegnę już do samej mety. A na mecie gorąca owacja. Nie wydaje mi się, abym na nią zasłużył. Jestem przecież ostatni, a witają mnie, jakbym był zwycięzcą... Z tego, co wiem, nawet zwycięzca nie był tak gorąco przywitany...

Udało się. Czas może niezbyt imponujący: czternaście i pół godziny, ale moje przygotowanie było delikatnie mówiąc nie najlepsze. Mam to już za sobą. Teraz potrzebuję odpoczynku, bo czuję się ledwie żywy. Tak wyczerpany nie byłem po żadnym maratonie. Czuję też potrzebę zjedzenia czegoś konkretnego. W punktach żywieniowych wszystko było słodkie. Teraz chciałbym czegoś zdecydowanie niesłodkiego. Ruszam wolnym krokiem do strefy zmian. Czuję, że wszystko mnie boli. Pakuję wszystkie swoje manele: buty, piankę do torby. Nie jest to wcale łatwe, bo muszę schylić się, a potem wyprostować, a każda zmiana pozycji jest trudna i bolesna. Biorę rower ze stojaka. Też niełatwe zadanie. Nawet nie próbuję wsiadać, bo to mogłoby być jeszcze trudniejsze. Szczególnie, że przeszkadza mi torba z manelami. Teraz wlokę się z tym wszystkim do domku kempingowego, w którym tymczasowo mieszkam. To tylko około ćwierci kilometra, ale dla mnie to w obecnym stanie wcale nie tak blisko. W końcu docieram do domku. Stawiam rower, rzucam torbę, a sam siadam w fotelu i nie chce mi się ruszać. Borys, z którym tu mieszkam, a który ukończył zawody półtorej godziny przede mną, pyta, czy może mi pomóc. Podsuwa pod nos jedzenie. Serdecznie dziękuję za okazaną pomoc. Jem kanapki, piję i siedzę.

Trochę mi się odmitologizował obraz ironmana. Wcześniej wydawało mi się, że trzeba być nie wiadomo jakim tytanem, aby uporać się z tym dystansem. Teraz już osobiście doświadczyłem, że to też jest dla ludzi. Po pół godziny siedzenia czuję, że zaczynają mi wracać siły. Czuję, że mogę teraz pójść do łazienki wziąć prysznic, bo wcześniej nie byłem w stanie, a jestem spocony i brudny. Prysznic przywraca mi odrobinę świeżości. Pakuję się szybko do łóżka, bo dzień był długi i ciężki. Szybko zasypiam. Nazajutrz budzę się wypoczęty, ale nieco obolały. Kiedy siedzę, nic mnie nie boli, ale niektóre ruchy są nieco bolesne. W trakcie zawodów, szczególnie w ostatnim etapie, mówiłem sobie, że już nigdy więcej. Ale teraz nie jestem wcale tego taki pewien. Wiem, że stać mnie na znacznie lepszy czas. No ale to już wymaga zdecydowanie bardziej solidnego treningu, niż dotychczasowy. Na pewno trzeba więcej biegać. Wytrzymałość to podstawa. Ale też trzeba więcej treningu siłowego. Niedostatki siły dawały znać na rowerze przy jeździe pod wiatr. Siła przydaje się też przy bieganiu. Wypadałoby też popracować nad techniczną stroną pływania, bo z tą też jest źle. No, ale tu już wybiegam w przyszłość...