IX Malbork Triathlon 6.06.2009 r.
Adam Gaweda

Jako, ze opisywana impreza byla moim pierwszym pelnym traithlonem w zyciu, nie mam jak porownac czy obiektywnie ocenic jej w poronwaniu do podobnych sprintow. Moge za to opisac moje subiektywne uczucia i - mam nadzieje - pokazac czego mozecie sie spodziewac, jesli zdecydujecie sie na przygode z ta wymagajaca dyscyplina sportowa.

Na poczatek kilka slow o moich sportowych doswiadczeniach, abyscie mieli obraz calosci. Dyscyplina, ktora uprawiam najdluzej jest plywanie. Zaczynalem jeszcze w Palacu Mlodziezy, w tamtejszym basenie spedzilem kilka dobrych lat, tam tez robilem mlodszego ratownika. Aktualnie trenuje 2-3 razy w tygodniu na typowe dlugie dystanse, 1km. robie ponizej 16 min., wiec szalu nie ma ;). Jakies 2 lata temu wciagnalem sie w bieganie, ale brakuje mi wytrwalosci na wiecej niz kilka miesiecy ciaglego treningu, wiec aktualnie 10 km. to pewnie kolo 50 minut (zyciowke mam jakies 45). O rowerze nie wspominam w ogole, bo nie prowadze zaplanowanych treningow - jezdze dla przyjemnosci, zwykle czesto i krotkie dystanse. Jak widac z mojej spowiedzi, przygotowanie do triathlonu mam na poziomie przecietnego amatora jednej dyscypliny.

Malbork wybrany zostal miejscem mojego debiutu z kilku wzgledow: to pierwsza impreza w sezonie, dystanse poszczegolnych dyscyplin sa krotkie i proporcjonalnie dobrane, no i pojawilo sie tam wielu znajomych z IM2010. Zeby nie rozciagac nadmiernie tej relacji, wspomne tylko, ze: 1. pogoda byla tragiczna ( 10 stopni, wiatr i mzawka), 2. organizacja dla odmiany bardzo dobra (start bez najmniejszego opoznienia!) i wreszcie 3. PZTri to organizacja pazerna i przeszkadzajaca w zawodach w stopniu mozliwie maksymalnym (20 zl. za jednorazowa licencje, ktora wystawiana jest na podstawie... niczego i daje uprawnienia do... startu w zawodach (za ktore przeciez mamy normalne wpisowe), to - nie oszukujmy sie - zwyczajny haracz). Przejdzmy jednak do meritum, czyli samych zawodow...

Rowery zdane, 150 maszyn stoi karnie w parku. Przez glowe przemyka mi mysl, ze jakby ktos wpadl z ciezarowka, to bylby do przodu o dobre kilkaset tysiecy - dlugie rzedy blyszczacych szosowek najwyzszej klasy. Ale park jest juz zamkniety a ostatni spoznialscy sa straszeni dyskwalifikacja. Wszyscy wokol mnie w niemal bez wyjatku identycznych czarnych piankach i zoltych czepkach organizatora. Ostatnie rozmowy cichna powoli, kiedy przez megafon tlumaczona jest po raz ostatni trasa plywania (skrocona z 600 do 300 m. ze wzgledu na niska temperature wody - 15 stopni C). Minuta ciszy dla uczczenia pamieci Bartosza Kubickiego, nerwowe oczekiwanie na potwierdzenia gotowosci od punktow pomiaru czasu, czolowka pochyla sie w oczekiwaniu na sygnal, gdzies za mna grupka zapalencow wznosi bojowy okrzyk wikingow i megafon przerazliwym alarmem wrzuca piewsze ciala do lodowatej wody. Pierwsze uderzenie adrenaliny nie pozwala jednak poczuc zimna, 50 metrow do pierwszej boi to "walka o ogien", szczesliwie udaje mi sie zachowac niewielki odstep i unikam kopniakow. Kobieta przede mna zostaje bezpardonowo wcisnieta pod wode, mnie ktos lapie za noge, ale nie mam czasu nawet spojrzec, kto to. Glowa wysoko i byle do przodu, plyne wiec kraulem ratowniczym. Przy pierwszej boi wszyscy ostro skrecamy w lewo, wiec wiekszosc osob przechodzi na styl klasyczny, kopiac plywakow z tylu. Pierwsza dluga prosta, wyrownujemy styl ale odzywa sie zimna woda i nagle wszystkie pianki staja sie jakby za ciasne. Brakuje nam tchu, zmeczone ramiona nie chca pracowac, zaczynam sie podtapiac. Na basenie dopiero bym sie rozkrecal, a tu musze przewrocic sie na grzbiet, zeby nie spanikowac i moc uspokoic oddech. Kilka ruchow na plecach i wracam do kraula. Plyne rowno z innymi, czasem nawet wyprzedzam, ale znow brakuje mi tchu. Wreszcie nawrot przy boi, znow styl klasyczny i nadal tlok. Ostatnia prosta, powoli lapie rytm i rowny oddech. Staram sie nawigowac, ale nie mam pojecia gdzie dokladnie jest ostatnia bojka i wyjscie. Poprzez fale dostrzegam natlok zoltych czepkow przy brzegu - jak sie okazuje, to wlasnie punkt wyjscia z wody. Kilkadziesiat metrow od tego miejsca, kiedy juz zlapalem rytm i zaczynam przyspieszac, wpadam w jakies podwodne wodorosty czy inne zielsko i krztusze sie woda. Wychodze na wpol przytomny, zataczam sie ( to podobno normalne przy przejsciu z plywania do biegu) i sila woli zmuszam sie do zdjecia pianki i biegu do mojego roweru.

Zmiana ubran wyszla mi calkiem sprawnie, teraz buty - cale szczescie, ze nie ma piachu - i wreszcie kask, okulary i lecimy. Przebiegam przez mate, jednak wsiadajac na rower, stopa zeslizguje mi sie pedalu i laduje na kolanach, zdzierajac sobie skore. Kibic obok kaze mi sie pozbierac i jechac dalej - pewnie, przeciez przez taka drobnostke nie wypada zaprzepaszczac calego wysilku. Asfalt na samym poczatku trasy jest tragiczny (kilkanascie metrow jest nawet wylozonych brukiem, ktory pamieta pewnie jeszcze czasy Grunwaldu ;) ) a ja walcze z noskami, do ktorych nie chca wejsc moje buty. Wyprzedzaja mnie kolejni zawodnicy, ktorym stan obreczy w rowerach wydaje sie byc obojetny. Dopiero kiedy aslfalt sie wyrownuje, odwazam sie przyspieszyc i desperackim wysilkiem doganiam kolarza przede mna. Wiem, ze samotna jazda pod wiatr to dla mnie samobojstwo. Podczepiam sie do kolejnych zawodnikow, ktorzy mnie wyprzedzaja i staram sie uspokoic oddech. Kiedy powoli dochodze do wniosku, ze w sumie nie jest tak zle, dogania mnie Lubomir, ktorego zostawilem w strefie zmian, gdy on dopiero zdejmowal pianke. Jedzie szybciej, ale postanawiam zaryzykowac i od tego momentu jade w jego grupie niemal do konca. Wiatr sprawia, ze jedziemy co najwyzej 28 km/h (a to my czesciej wyprzedzamy kogos, niz ktos nas). Widze pierwszych powracajacych zawodnikow - czolowka jedzie dlugimi peletonami, w samych koszulkach bez rekawow (ja mam na sobie 3 warstwy ubran ;) ). Wreszcie nawrot, teraz z wiatrem jedzie sie duzo szybciej. Mijamy kolejnych zawodnikow a ja czuje sie dumny, ze bez treningow i kolarskiej przeszlosci nadazam za starszymi kolegami. Moja radosc mija, kiedy wyprzedza nas jakis zawodowiec a Lubomir momentalnie podlapuje jego tempo (z 35 do jakichs 40 km/h w kilka sekund - naprawde bylem pod wrazeniem) i zostawia mnie z tylu. Na szczescie to juz koncowka a wczesniejszy odpoczynek pozwala mi nawet wyprzedzic jeszcze kilka osob. Znow tragiczny asflat, bruk (te detki zaraz nie wytrzymaja!) i wreszcie strefa zmian. Jak kilka osob przede mna, jeszcze biegnac z rowerem zdejmuje kask, ale jeden ze znienawidzonych zwiazkowcow kaze mi go ponownie zalozyc (ustawil sie w srodku parku, zamiast stanac przy wejsciu...). Pokazuje mu, ze jednak mam numerek na kasku i zrzucam z siebie nadmiar ubran. Na szczescie nie musze juz zmieniac butow (na sprinterkie dystanse noski w rowerze to jednak bardzo dobry pomysl), wiec calosc trwa kilka sekund. I znow kolejna mata, i znow nasz ukochany bruk.

Ostatnia czesc trasy zaczyna sie od dlugiego, ostrego podbiegu, potem mamy niewielki podbieg i wreszcie dlugi podbieg o niewielkiej stromiznie (pomylilem trasy czy to bieg gorski...?) Niemieccy turysci patrza z zainteresowaniem na dyszacych masochistow, ich dzieci chyba jednak bardziej interesuja dostepne tu zestawy "Mlody Krzyzak" badz "topor + kusza, strzaly gratis!" z pobliskich straganow. Na trasie biegu ktos wymalowal biala farba hasla typu "Koniu, do boju!" i itp. Choc tresci wiekszosci z nich nie bylo mi dane zrozumiec, to przynajmniej dostarczaly jedynej - obok podziwiania majestatu zamkowych murow - intelektualnej rozrywki. A ze 3 km. to nie maraton, wkrotce powital mnie widok dmuchanej bramy na mecie. Wczesniej wolalem nie narzucac sobie zbyt szybkiego tempa, bo nie znalem swoich biegowych mozliwosci po plywaniu i rowerze, ale ten widok jak zwykle dal mi impuls do sprintu. Wreczanie medalu i zdjecia na mecie pamietam jak przez mgle, zajety bylem robieniem dobrej miny do zlej gry i powstrzymywaniem sie przed polozeniem na asfalcie ;).

Patrzac z perspektywy czasu, wydaje mi sie, ze ukonczylem swoj pierwszy triathlon w calkiem niezlej kondycji, nowym bagazem cennych doswiadczen (najwazniejszy wniosek koncowy - plywanie w basenie ma sie nijak do plywania w wodach otwartych!), z rozsadnym (jak na brak przygotowan i treningu) miejscem (90 w generalce i 14 w kategorii) oraz czasem ( 0: 07':52" + 0:32':07" + 0:13':51" + zmiany = 0:57':01"), szczegolnie jesli uwzglednic fakt, ze wiekszosc klubow i zawodnikow potraktowala Malbork jako pierwszy sprawdzian w sezonie - a wiec poziom i reprezentacja zawodnikow byla wysoka.

Zalozenie - czas ponizej 1h. - udalo mi sie spelnic, nabralem siec motywacji do kolejnych zawodow i choc wiem, ze droga do IronMana jest jeszcze bardzo dluga, to satysfakcja z pierwszego kroku da mi motywacje na jeszcze wiele treningow.