Vienna City Triatholn 30.05.2009 r.
Maciej Halas

Vienna City Halbdistanz Triathlon 2009 przeszedl juz do historii. Szczesliwie udalo mi sie go ukonczyc. Mam kilka powodow do radosci, a oto one:
1) Nie utopilem sie.
2) Doplynalem.
3) Dojechalem.
4) Dobieglem.
Czyli... ukonczylem...

Pomyslodawca startu w Wiedniu byl Darek Sidor, ktory jest animatorem Projektu IM 2010. Darek rzucil na forum pomysl wspolnego startu w Wiedniu. Wytargowal u organizatora znizke, oglosil zapisy, zaczal zbierac kase na wpisowe i hotel. Zapisalem sie wiec, wplacilem pieniadze i tym samym poczulem sie zobligowany do startu. Start na dystansie polowy ironmana traktuje jako droge do celu, jakim jest start na pelnym dystansie. Ironman chodzil za mna od dawna, ale jakos wczesniej nie podjalem odpowiednich krokow do jego realizacji. Nigdy jeszcze nie startowalem w zadnych zawodach triathlonowych. Owszem, myslalem o jakims starcie, ale bylo to na zasadzie sprawy, ktora raz odlozona na pozniej, dalej juz odklada sie sama. Poczulem sie gotowy do triathlonu juz w 2004 roku po przebiegnieciu pierwszego maratonu. Wiedzialem juz wtedy, ze kazda z trzech triathlonowych konkurencji jestem w stanie zaliczyc oddzielnie.

Do Wiednia przyjechalem dzien wczesniej. Wieczorem spotkalem sie w hotelu z reszta druzyny startujacej w barwach IM 2010 Poland. Grzecznie poszlismy spac, wiedzac co nas bedzie czekac nazajutrz.

Tego wieczora zaczal padac deszcz. Jechalem do Wiednia przy dobrej pogodzie, ale gdy parkowalem przed hotelem, zaczely spadac pierwsze krople deszczu. Gdy kladlismy sie spac padalo juz calkiem rzesiscie. A kiedy wstalismy nastepnego dnia rano stwierdzilismy, ze wciaz pada. Do tego temperatura niezbyt wysoka. Inaczej mowiac mokro i zimno, co nie nastrajalo zbyt optymistycznie przed startem. Po sniadaniu zaczelismy rozrabiac rozne magiczne mikstury. Ja zmieszalem miod z sokiem pomaranczowym, woda mineralna i szczypta soli. Napoj przygotowuje w dwoch gestosciach. Jeden rzadszy, taki do popijania przed startem i w strefie zmian. Z kolei gesty wlewam do dwoch bidonow. Jeden bidon do roweru, a drugi na bieg. Niestety mam problemy z roznymi napojami izotonicznymi, zamierzam wiec w trakcie zawodow pic swoja gesta miksture, a z tego, co przygotowali organizatorzy raczyc sie tylko woda.

Dojechalismy na miejsce startu metrem. Najpierw rejestracja w namiocie. A potem dlugie oczekiwanie pod mostem, coby nie zmoknac, na godzine startu. Przed nami odbywaly sie zawody na dystansie krotkim 0,75/22,5/5 km. Troche wiec patrzylismy, jak mokna zawodnicy startujacy przed nami. Niektorzy startujacy podchodza do zawodow powaznie. Sprzet z wysokiej polki, jakies kosmiczne kaski. Jednak blizej konca stawki pojawiali sie tez ludzie na rowerach gorskich, czy turystycznych. Widzialem tez jednego zawodnika na rowerze poziomym. Ze tez dopuszczono taki rower do startu? W tym miejscu napisze cos o samym miejscu startu. Dunaj przeplywajacy przez Wieden dzieli sie na kilka odnog, z czego dwie glowne odnogi plyna rownolegle, tworzac wyspe Donauinsel dluga na ponad 20 km, o szerokosci dochodzacej do 200 m. Wyspa ta to tereny zielone z rzadka rozrzuconymi obiektami gastronomicznymi. Asfaltowe alejki, po ktorych nie jezdza samochody sa miejscem, gdzie Wiedenczycy moga bezstresowo pojezdzic na rowerach czy rolkach. Na tej wlasnie wyspie rozgrywane byly zawody. Natomiast plywanie w wodach Dunaju. Zachodnia odnoga jest nieco szersza. Prad na niej jest wartki. W dodatku jest tam calkiem spory ruch statkow i barek. Natomiast odnoga wschodnia zwana Nowym Dunajem (Neue Donau) jest nieco wezsza. Pradu tutaj wlasciwie nie ma, woda stojaca niczym w jeziorze. I wlasnie w tej wodzie rozgrywana byla plywacka czesc zawodow.

Tymczasem stoimy jeszcze pod mostem. W miedzyczasie dojechali z Warszawy znajomi kibice Renata z Darkiem i Filem. Cykamy sobie pamiatkowe zdjecia. No ale w koncu trzeba spod tego mostu wyjsc i przejsc do strefy zmian. Przed wejsciem do strefy zmian organizatorzy kaza zalozyc kask na glowe. Sprawdzaja tez hamulce w rowerach. Caly czas pada. Pianke zalozylem jeszcze pod mostem. Teraz zostawiam rower na swoim miejscu. Wieszam torbe, w ktorej mam ciuchy i buty zapakowane do foliowych workow, aby zabezpieczyc je przed zmoknieciem. Tymczasem zbliza sie pora startu. Myslalem, ze start bedzie z brzegu. Mylilem sie jednak. Trzeba wejsc do wody. Woda jest znacznie cieplejsza niz powietrze. W koncu sygnal startu. Staram sie plynac, ale cos mi nie wychodzi. Zaczynam watpic w swoje umiejetnosci plywackie. Co ja tu do cholery robie, skoro nie umiem plywac? Choc przeciez staralem sie trenowac trzy razy w tygodniu po pol godziny. Jednak po kilkudziesieciu metrach lapie swoj rytm i czuje, ze jest dobrze. Co ciekawe, o ile na treningach dobrze wychodzil mi oddech na trzy, to tutaj ni cholery nie chce. Plyne wiec na dwa, biorac oddech z prawej strony. Jakos niespecjalnie dobrze kontroluje kierunek. Plyne zygzakiem w ogonach. To jednak cos zupelnie innego, niz plywanie w basenie. Mijam pierwsza boje, druga, doplywam do trzeciej... Czyli mam za soba prawie pol trasy. Nagle lapie mnie potezny skurcz w lewa noge. Czuje sie, jakby mi rozerwalo lydke. Zaczynam panikowac. Czyzbym mial nie ukonczyc zawodow? Biore sie jednak w garsc. W koncu potrafie plywac z wylaczona noga. Ciagne wiec ta bezwladna klode za soba. Idzie mi calkiem niezle. Pianka ulatwia zadanie. Zanim wplynalem na drugie okrazenie, kilku scigaczy zdazylo mnie zdublowac. Liczylem sie z taka ewentualnoscia. Drugie okrazenie plyne znacznie spokojniej. Przed polowa drugiego okrazenia bol mija, ale calkiem nie odpuszcza. W koncu po 54 minutach wychodze wychodze z wody. Tymczasem przestalo padac. Super.

W strefie zmian juz prawie nie ma rowerow. Doplynalem w koncu w ogonach. Marudze w strefie zmian. Sciagam pianke. Pierwotnie myslalem, ze bede jechal tylko w mokrych spodenkach, ktore mialem pod pianka. Ale temperatura jest niska, wiec zakladam jeszcze spodnie od dresu, ktore zabralem na wszelki wypadek. Na gore wkladam koszulke rowerowa i na wierzch bluze z dlugim rekawem. W koncu wsiadam na rower. Przede mna cztery okrazenia wzdluz dlugiej wyspy Donauinsel. Calkiem dobrze mi sie jedzie. Jade sam. Petla dluga na ponad 20 kilometrow. Zawodnicy rozciagnieci wzdluz petli. Co jakis czas ktos mnie wyprzedza. Ale maja pare... Od czasu do czasu, widze tez, jak zawodnicy walcza z dziurami w ogumieniu. Mnie ta watpliwa przyjemnosc szczesliwie omija... Jade prawie caly czas 30 km/h lub leciutko powyzej. Staram sie nie szarzowac. W koncu wiem, ze jak pojade za szybko, to moge nie utrzymac tempa. A trzeba jeszcze pamietac, ze koniec jazdy, to jeszcze nie koniec zawodow. Trzeba jeszcze miec sile na bieganie. Trasa plaska. Choc jest kilka krotkich podjazdow o wysokosci kilku metrow. Zwalniam tylko na tych podjazdach i na ostrzejszych zakretach. Od czasu do czasu popijam swoja gesta miksture z bidonu na przemian z woda, ktora dostalem w bufecie po pierwszym okrazeniu. Po drugim i trzecim okrazeniu decyduje sie zjesc pobrany w bufecie kawalek banana. Niektorzy zawodnicy jezdza w mniejszych lub wiekszych grupach. Formalnie jest to zabronione, ale jakos niektorzy niespecjalnie sie tym przejmuja. Widzialem tylko jedna interwencje sedziego, jezdzacego na skuterze, ktory zwracal uwage jednemu z zawodnikow. Ja nie probuje wskoczyc nikomu na kolo. Dla wlasnej satysfakcji chce grac uczciwie. W koncu i tak nie walcze o zadne trofeum. Wreszcie koncze ten etap. Tymczasem chmury odslonily niebo. Swieci slonce.

W naslonecznionej strefie zmian wydaje sie, ze jest cieplo. Zrzucam wiec bluze i zostaje w koszulce. Zmieniam buty z rowerowych na biegowe. Wbiegam na ostatni etap. Piec petli po 4 kilometry. Dwa kilometry w jedna strone, nawrot w miejscu i powrot ta sama sciezka. Nogi mam strasznie sztywne. Strasznie ciezko mi sie biegnie. Na dodatek cos mnie uwiera w butach. Przebieglem moze ze trzysta metrow i czuje, ze musze sie zatrzymac. To wkladane na mokre nogi skarpetki sfaldowaly sie nieco. Na rowerze wcale mi to nie przeszkadzalo, ale w biegu jest inaczej. Poprawiam skarpetki i powoli ruszam dalej. Wcale nie jest tak cieplo, jak wydawalo mi sie w strefie zmian, ale da sie wytrzymac. Przebiegam pierwszy kilometr i zaczynam odczuwac ulge. Czuje, ze moje sztywne nogi odzyskaly swoja elastycznosc. Na trasie poczatkowo tlumy biegaczy. Ale stopniowo robi sie coraz luzniej. Kazda kolejna petla przybliza mnie do mety. Biegnie mi sie coraz lzej. Delikatnie przyspieszam. Gdy jestem na ostatniej petli, na trasie juz pustki. Jestem jednym z ostatnich zawodnikow. Nie mam juz sil na przyspieszanie, czuje, ze zaczynam zwalniac. Ale meta juz tuz tuz... Jeszcze tylko pare krokow. W koncu meta. Nareszcie... Czuje sie szczesliwy, ze mam juz to za soba. Dostaje medal. Czuje sie glodny, ale organizatorzy przygotowali cos do jedzenia. Jem buleczki, popijam coca-cola. Odbieram pamiatkowa koszulke. Ciesze sie, ze tu przyjechalem. Czas 6:17:50. Jak na mnie, to calkiem dobrze. W kazdym razie zdecydowanie lepiej niz zakladalem. Obawialem sie, ze moge nie zmiescic sie w siedmiu godzinach. Myslalem, ze po zejsciu z roweru nie bede juz mial sily na bieganie, ale nie bylo tak zle. Najgorsze bylo pierwsze pol kilometra na sztywnych nogach... A potem juz jakos poszlo.

Polowke ironmana mam wiec zaliczona. Przyblizam sie wiec do celu jakim jest ironman. Wczesniej byla to dla mnie jakas abstrakcja, ale teraz czuje, ze jest to calkiem realne. Lezy to w zasiegu moich mozliwosci. Musze tylko troche wiecej popracowac nad wytrzymaloscia, bo przyznaje, ze troche obijalem sie. Dobrze by tez bylo poprawic technike plywania, bo mam swiadomosc, ze zbyt duzo energii przeznaczam na bezproduktywne mieszanie wody. Na te zawody nie bylem specjalnie dobrze przygotowany. Ale za rok moze byc lepiej...