
Vienna City Triatholn 30.05.2009 r.
Radoslaw Kokosza
Impreza Vienna City Triatholn odbyla sie przy srednio sprzyjajacych warunkach pogodowych w ostatni weekend maja (30.05.2009). Po przetransportowaniu sie do Wiednia w piatek, od sobotniego poranka rozpoczely sie goraczkowe przygotowania do startu (co juz pewnie nie raz mowilem i pisalem logistyka i przygotowania do startu sa powiedzmy ... trzy razu bardziej skomplikowane, niz do kazdej z trzech dyscyplin triathlonowych oddzielnie).
Temperatura powietrza spadala ponizej 10 stopni C i na domiar zlego caly czas padal deszcz. Wyziebieni, przemoknieci i z myslami w glowie "niech to sie juz skonczy" ubralismy pianki i powoli zaczelismy kierowac sie ku wodzie. Ogromnym zaskoczeniem okazala sie temperatura wody, ktora oscylowala w okolicach 18 stopni, co dawalo momentami roznice nawet 10 stopni wzgledem temperatury powietrza.
"Massive adreanalin release" - tak komentator ubieglorocznych mistrzostw swiata na Hawajach okreslil start do konkurencji plywackiej (ktora w naszym przypadku miala dlugosc 2km). Na plywaniu, jako mojej koronnej konkurencji plynelo mi sie raczej luzno i spokojnie. Nie moglem zbyt duzo sil stracic w wodzie poniewaz nie trenowalem tyle ile bym chcial na basenie i musialem oszczedzac sie na bieganie. Czas jaki uzyskalem, to 30 minut i 44 sek, co ku memu zdziwieniu dawalo 30 pozycje (wowczas oczywiscie jeszcze tego nie wiedzialem) i pobita zyciowke o ok. 5 minut :) !!!! Wowczas w glowie zaswital kolejny pomysl - "utrzymac ta przewage, to przynajmniej z Wiednia wroce z zyciowka poprawiona o kilka minut". "Szybciutkie" wbiegniecie po schodach nabrzeza do strefy zmian (zmiana pozycji z poziomej w plywaniu + przejscie do pionu + szybki bieg pod gorke po schodkach do strefy zmian "T1" = w wielu przypadkach chwilowymi zawrotami glowy lub nawet omdleniami zawodnikow), i mile zaskoczenie - kilkanascie cheerleaderek z pomponami tworzy tunel z pomponow pod ktorym przebiegam ... i z tego wszystkiego gubie sie w strefie i cofam do rzedu w ktorym stoi moja TriStrzala ;) Po chwili jednak szybko odnajduje sie w topografii T1 i zaczynam zdejmowac pinke, a tu nagle, bez ostrzezenia potezny skorcz prawej lydki zwala mnie z nog i zamiast zdejmowac pianke, zakladac kask i caly "szpej" rowerowy na siebie, trace czas na rozmasowanie lydki i zaczynam sie obawiac, czy to nie jest przypadkiem poczatek konca - przede mna jeszcze ponad 4 godziny scigania. W droge, bo czas ucieka...
Wybiegajac ze strefy zmian "szepcze" slowa do roweru, aby kolka poniosly, jak tego oczekuje, aby opony dobrze trzymaly na tej sliskiej nawierzchni, na ktorej odnotowano tego dnia kilkanascie powaznych upadkow, aby rama ktora zakupilem za 112 PLN nie wydawala sie tak ciezka i toporna w porownaniu do sprzetu 90% innych zawodnikow jezdzacych na carbonowych cackach ... i aby dojechac do konca zmiany rowerowej (90km) nie tracac czasu nadrobionego na plywaniu. Pierwsze dwie petle (byly w sumie cztery po 22,5km) zgodnie z zalozeniem jechalem spokojnie, bardzo uwazajac na regularne picie i jedzenie (by na bieganiu nie opasc z sil). Moja asekuracyjna jazda spowodowala, ze doscignela mnie grupka zawodnikow, ktorych zostawilem po plywaniu za soba i zaczely sie problemy. Bardzo trzeba bylo uwazac, aby nie dopuscic sie tzw. "draftingu", czyli siedzeniu komus na kole (inaczej niz w tradycyjnym peletonie), co regulaminowo jest zabronione. Przy duzym zageszczeniu zawodnikow, kretej trasie, sliskiej nawierzchni i predkosciach czesto przekraczajacych 40 km/h (max tego dnia licznik pokazal 72km/h - pewnie na jakims zjezdzie), dostalem upomnienie od sedziego, bo na podjezdzie za "agrafka" za blisko podjechalem do innego zawodnika. Mimo to moglem jechac dalej i w "grupie" widzac w poblizu innych zawodnikow na tyle sie zmobilizowalem, ze srednia na kolejnych 2 petlach poszla w gore. Dojezdzajac do konca trasy rowerowej przy ktorej stali polscy kibice (dziekuje bardzo za doping) usluszalem "O!!! Radek!!!" - ze zdziwieniem w glosie i po chwili zdziwienie ogarnelo moja osobe, bo stoper pokazal czas przejechania 90km - 2:34:03, co dawalo czas przejazdu rowerem lepszy niz moja zyciowka o 15 minut!!!! Biegnac z rowerem do strefiy zmian, szybko przekalkulowalem, ze na razie scigam sie na czas ponizej 5h, czyli jest szansa zlamac zyciowke o 20 minut!!!
Dostalem skrzydel - dodatkowe uderzenie adrenaliny i chyba troche endorfin daly mi dodatkowego "speed'a". Szybko (jak na mnie) zrzucam z siebie kask, zmieniam buty na biegowe ... i katem oka widze, jak Rafal Orlowski wpada jak torpeda do T2 i zaczyna sie szybko przebierac - do tego momentu prowadzilem w klasyfikacji polakow.
Kilkanascie sekund szybciej ode mnie Rafal opuszcza strefe zmian - bede musial go gonic. Szkoda, ze jestem takim kiepskim biegaczem. Poczatek mam zadziwiajaco dobry, ale wiem, ze przede mna 20km biegu i jeszcze bede mial okazje pocierpiec. Na 4 kilometrze rezygnuje z zawrotnego jak na mnie tempa i stabilizuje rytm. Poniewaz wyscig biegowy odbywa sie na pieciu 4 km petlach widze, ze Rafal bezlitosnie powieksza nade mna przewage. Co gorsza, Tomasz Glod zaczyna mnie doganiac, po tym jak po plywaniu i rowerze wyprzedalem go o kilkanascie minut. Znowu szybko kalkuluje - pierwsze miejsce wsrod polakow przepadlo - nie dogonie Rafala, ale musze sie bronic sie przed Tomkiem, ktory na kazdym z czterech kilometrow nadrabia do mnie kilkaset metrow z ok. 3km straty. Zjadam zapasy zeli energetycznych, systematycznie popijam izotonik i nie szaleje. Wiem, ze Tomek juz nie przyspieszy. Wiem, ze Rafal nie zwolni. Wiem, ze musze dotrwac do konca w moim tempie i bedzie pobita z wysmienitym czasem moja zyciowka i dobre drugie miejsce w naszej "wewnetrznej" rywalizacji Polsko-Polskiej. Ostatni nawrot. Jeszcze 2 km do mety. Nie przyspieszac, bo skurcze sa tuz tuz. Nie wydluzac kroku, ani nie skracac - ale jak, jak przede mna krotki podbieg i zaraz zbieg. Jakos sie udaje. Dobiegam do ostatniej tablicy oznaczajacej ostatni kilometr. OK - teraz czas na "finisz". Jeden, drugi krok i sie zaczelo - silny skorcz w okolicach sciegna achillesa wykreca mi stope i przenosi sie na lydke. Musze stanac. Tomek caly czas za moimi plecami na pewno trzyma rowne, szybkie tempo. Nie moge stac - musze dalej biec, jeszcze nie cale 5 minut i bedzie koniec. Ale jak - lydka w skurczu pomarszczona jak rodzynek piekielnie boli. Ucieka dziesiec sekund. Sklon, dwa wdechy i ruszam. Kazde uderzenie prawa stopa o ziemie powoduje, ze znowu prawie lapie mnie skurcz. Nie odpuscic. Wybiegam na prosta przed meta. Jeszcze dwiescie metrow. Widze z daleka na zegarze magiczny dla mnie czas 4h 45 minut ... Probuje przyspieszyc, ale lydka "rwie" niemilosiernie - spokojnie...Tomka za plecami nie widac. Wpadam na mete. Czas: 4:46:51. Zyciowka pobita o 28 minut !!! a tak zle sie zapowiadalo ;)
Wynik - bardzo zadowalajacy i motywujacy do dalszej pracy:
Plywanie: 0:30:44 (2km)
T1: 0:04:14
Rower: 2:34:03 (90km)
T2: 0:02:35
Bieg: 1:35:12 (20km)
Razem: 4:46:51
Miejsce w open: 45
Miejsce w kategorii M-30: 8
Miejsce wsrod polakow: 2 (18 stawilo sie na starcie)
Podziekowania dla:
- zonki i calej rodzinki za calosciowe wsparcie,
- dla wszystkich przyjaciol, ktorzy widza dokladnie za co dziekuje - moja praca na treningach i nowe kola pozwolily uzyskac ten wynik,
- dla kibicow, ktorzy kibicowali calej grupie IM 2010 przy bardzo niesprzyjajacych warunkach pogodowych, wykonali wszystkie fotki i wspierali nas przed startem.